Czy to DDD?

Zapraszamy do działu poświęconego osobom zmagającym się z wszelkiego rodzaju uzależnieniami, a także ich najbliższym, w tym Dorosłym Dzieciom Alkoholików i Dorosłym Dzieciom pochodzącym z rodzin Dysfunkcyjnych.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Gabriel
Posty: 21
Rejestracja: 13 wrz 2016, o 20:51

13 wrz 2016, o 21:48

Aye wszystkim!

Na imię mam Gabriel. Trafiłem na to forum zupełnie przypadkiem. Zarejestrowałem się w celu poczytania o problemach innych. Sam wiem, że mam ogromny problem z którym sobie nie radzę. Przeczytałem już dość, żeby napisać jakiś post.

Zacznę od opisania przeszłych wydarzeń przez które przeszedłem. Potem skupie się na tym co jest obecnie. Nie oczekuje odpowiedzi. Czasami jest dobrze wyrzucić coś z siebie zupełnie anonimowo ^^

Całe moje dzieciństwo toczyło się wokół dwóch kobiet. Mamy i babci. Taty nigdy nie poznałem toteż te dwie osoby były całym moim światem. Tak przynajmniej myślałem wtedy. Zawsze broniłem w myślach zarówno jednej jak i drugiej nie zważając na to ile krzywdy mi wyrządziły. Najwcześniejsze wydarzenia, które zachowały się w mojej głowie to powroty z przedszkola. Trzeba dodać, że bardzo lubiłem przedszkole, mnóstwo dzieci, ukochana Pani Alinka. Po powrocie z przedszkola zaczynał się horror. Mnóstwo alkoholu, papierosów, bicie pasem za najmniejsze przewinienie lub nawet nie zjedzenie obiadu do końca. Nie wiem czy kogoś to wtedy obchodziło. Polska dopiero się budziła. Były późne lata 90, a właściwie prawie rok 2000. Zarówno Mama jak i Babcia nie pracowały. Przynajmniej nie na etacie. Obie parały się niechlubną prostytucją. To znaczy zdaje się tylko mama, bo Babcia wynajmowała pokoje prostytutkom. Takie to oto strzępki zostały mi w pamięci z wczesnego dzieciństwa. To znaczy takiego naprawdę wczesnego.

Później przyszedł ten moment, który niektórzy nazywają przełomowym. Niestety ten przełom nie był pozytywny. Moja mama zachorowała na schizofrenie paranoidalną demolując pół domu. Dokładnie pamiętam, gdy tego dnia wróciłem z przedszkola. Nic nie było takie jak do tej pory. Za to po podłodze walała się cała masa szkła. Mam trafiła do szpitala, a życie toczyło się dalej tak jak toczyło się wcześniej, z tym że chwilowo bez mamy, która po czasie wróciła by na moich oczach ogolić sobie na łyso głowę i wznosić modły do Boga w różnych dziwnych miejscach. Tak było mniej więcej do drugiej klasy szkoły podstawowej. Być może teraz przekoloryzuje ale to był ten przełom, w którym przekroczyłem przedsionek piekła. Mamę znów zamknięto w zakładzie dla obłąkanych, natomiast Babcia została zaaresztowana w związku z prowadzoną przez siebie działalnością. Zabrano mnie do pogotowia opiekuńczego. Placówki, która ma zapewnić bezpieczną przystań każdemu dziecku w chwilowym, życiowym impasie. Jak to w życiu jednak bywa, przystań okazała się więzieniem, w którym poniżano, kłamano i karano. Mój problem został zbiorowo wepchnięty do wora innych problemów a później schowany w piwnicy. Miałem wtedy problemy z nocnym moczeniem się. Pracownicy ośrodka doszli do wniosku, że stawianie mnie pod ścianą w nocy na korytarzu rozwiąże problem. Oczywiście robili to, gdy się zmoczyłem.

Z Pogotowia Opiekuńczego przeniesiono mnie do Pogotowia Rodzinnego, gdzie przebyłem rok czasu u dość sympatycznej kobiety, która prowadziła iście wojskowy rygor wydzielając każdego batonika. Miała niezawodny sposób karania dzieci. Klęczenie na kolanach z kubkami pełnymi wody. Wylanie wody z kubka wydłużało czas odbywania kary. Powiem wam, że nawet mnie to teraz bawi. To znaczy wyobrażam sobie jak nieporadny byłem skoro tyle klęczałem.

Roczny pobyt w pogotowiu minął i trafiłem znów do domu rodzinnego, gdy Babcie wypuszczono na wolność. Sąd uznał, że najlepiej będzie, gdy rozwinę skrzydła w rodzinie. Dobre sobie. Byłem już ciut większy. Chodziłem wszak wtedy do 4 klasy. Tak jak w pierwszej klasie byłem prymusem, próbując zachować narzucony mi w domu rygor, tak w czwartej nie mogłem się pozbierać do nauki. Miałem najgorsze oceny w klasie. Bicie w domu zniknęło (na pewien czas). Pojawiło się za to jeszcze więcej alkoholu i papierosów. Wieczne upijanie się. Tym razem to Babcia była bita również na moich oczach przez niezliczoną ilość sprowadzanych konkubentów. Tak sobie żyłem między przemocą a pijaństwem ledwo zdając z klasy do klasy do momentu, gdy kuratora pogryzł pies na naszym podwórku. Agresywny, zerwał się z łańcucha na którym więziła go Babcia. Sąd postanowił umieścić mnie w domu dziecka. W ostatniej chwili zmieniono decyzje. Z oszczędności zabrano mnie do tak zwanego Rodzinnego Domu Dziecka. Miałem wtedy 13 lat. Tam poinformowano mnie kulturalnie, że oto jest moja nowa ciocia. Przez następnych kilka lat dzień w dzień słuchałem o tym, że Państwo daje na moje utrzymanie tylko 600zł miesięcznie. Poza tym Państwowe dzieci (jak zwykło się nas określać) dziennie na jedzenie z tej kwoty posiadają zaledwie 10zł. Być może troszeczke przekoloryzowuje, bo brzmi to tak jakby ta kobieta chodziła za mną i ciągle mi to powtarzała acz dwa razy dziennie wprost mi się usłyszało. Byłem raczej wtedy dzieckiem pomocnym. Taki bohater domu. Musiałem wszystkim pomagać. Nikt nigdy tego nie doceniał. Kobieta, która się nami opiekowała zawsze dawała mi najwięcej do zrobienia. Właściwie nie miałem przyjaciół ani znajomych. Głównie czas spędzałem w domu i szkole. Wyniki w nauce takie sobie. To znaczy nie przykładałem do tego uwagi. Zresztą zdaje się, że nikt nie przykładał. Ciągle mi mówiono, że generalnie to czeka mnie kopanie rowów i nic więcej. Bo co może osiągnąć dziecko bez tak zwanych pleców? Bez pleców to Cię nawet do biedronki nie wezmą.

Pewnie nie zdziwi was to, że w dzień swoich 18 urodzin spakowałem się i uciekłem dosłownie z tego okropnego miejsca. Wróciłem w najgorsze z możliwych miejsc. Do domu Babci, która zmarła kilka lat wcześniej na raka płuc. Odziedziczyłem go po długich bataliach sądowych z wujkiem. Więc był to mój jedyny majątek. Sypiąca się rudera. I tu nastąpił mój drugi przełomowy punkt życiowy. Niestety również nie był pozytywny. Mój własny sąsiad. Mój własny rodzony sąsiad zaproponował, że pożyczy mi pieniądze na remont domu. Oczywiście ja cały w skowronkach zgodziłem się robiąc krok w kierunku przepaści. Okazało się (nie pytajcie proszę JAK i DLACZEGO), że przeniosłem na niego własność do nieruchomości notarialnie. Wylądowałem na ulicy w wieku 18 lat. Byłem wtedy w trzeciej klasie Liceum. Zbliżała się matura. Była zima. Zamieszkałem w internacie przy szkole, który załatwił mi dyrektor. Przeżyłem wtedy ogromny stres. Pamiętam, że ludzie niewiele ze mną rozmawiali. Pewnie to moja wina. Nie zdałem z klasy do klasy. Musiałem powtarzać ostatnią klase liceum. Raczej miałem więcej wrogów niż przyjaciół. Zawsze jako ten gorszy, głupszy. On to sobie nie poradzi, on nie zda. Nawet nauczyciele mi to powtarzali.

Jak się w końcu domyślacie, na przekór wszystkim zdałem tę maturę. I tu zaczyna się trzeci przełom. Nic wielkiego właściwie - dorosłe życie. Taki to był mój los. Co jest teraz? Mam pracę, z której się ciesze, są jakieś możliwości rozwoju zawodowego, choć niewielkie. Brak dookoła mnie bliskich osób. Większość ze znanych mi ludzi ma mnie za oferme. Każda moja decyzja jest poddawana w wątpliwość. Krążą dookoła mnie gigantyczne długi, głównie związane z tym domem (odzyskałem go po latach walki w sądzie). Są pozytyw, są negatywy.

Teraz właściwie możemy poruszyć pytanie zadane w temacie - czy mam DDD? Wiecznie nie mam energii, posiadam chroniczne nawroty chandry. Nie mam raczej problemu ze wstawaniem z łóżka a w pracy mam maskę uśmiechniętego pajaca. Wszystkie popołudnia spędzam w domu leżąc na łóżku. Tak jest od kilku lat. Tyje w oczach mimo że zawsze byłem chudy. Mam od czasu do czasu napady agresji. Moje myśli krążą wokół tego, że fajnie byłoby zniknąć. Przestać po prostu istnieć lub nigdy nie istnieć. Prawdopodobnie nikt by tego nie zauważył, bo jak wspomniałem nie mam bliskich osób i raczej ciężko zbudować mi z kimś jakiekolwiek relacje. Jestem raczej dość spokojnym człowiekiem. To znaczy dużo we mnie złości ale wyładowuje ją na swoje sposoby (np. skacząć do muzyki. Nic tak nie pozwala mi odetchnąć). Wyjście z ludźmi gdziekolwiek męczy mnie. Zaczynam zasypiać/przysypiać lub tracę energię. Z drugiej strony siedzenie w domu również mnie wykańcza. Właściwie to jestem na takim skraju. Nie wiem co ze sobą zrobić. Nie wiem z kim porozmawiać. Nie wiem jak ma wyglądać moje życie. Nie mogę sobie poradzić z długami, a dom który udało mi się odzyskać jest już właściwie prawie do wyburzenia.

Dookoła pełno ludzi, którzy dyktują mi jak żyć, jak się zachowywać, jak się ubierać. Ale gdy naprawdę potrzebuje pomocy, a nie wymagam wiele, bo chciałbym tylko od czasu do czasu z kimś po prostu porozmawiać to wiekszość albo nie ma czasu albo ochoty albo zaczyna mi gadać o swoich problemach. Słucham tego wszystkiego bo nie mam serca odwórcić się i odmówić. Można powiedzieć, że jestem samotny w tłumie.

Może brzmi to troche jak użalanie się nad sobą. Każdy silny człowiek powiedziałby "weź się za siebie". Próbowałem. Nie wychodzi. Wszystko co zacznę nie doczeka się końca. Jestem niesumienny (za to punktualny aż do przesady, bo czasami aż godzine wcześniej siedze i czekam). Zapominam o wielu rzeczach.

Byłem na dwóch terapiach. Troche pomogły ale chyba nie wiele. Nie stać mnie na terapie a przez długi nie mogę podjąć legalnej pracy. Wszystko się jakoś tak precyzyjnie zazębia w takie koło nienawiści.

To by było na tyle. Czy mam DDD czy raczej wmówiłem sobie, że moje życie jest złe???
Awatar użytkownika
Rutlawski
Przyjaciel Forum
Posty: 876
Rejestracja: 20 wrz 2013, o 15:08

14 wrz 2016, o 12:38

:o

Stary, powiem szczerze. .. czytam raz i drugi i nie mogę uwierzyć. Tyle g**** w życiu. ..

i jak widzę przeszedles przez to wszystko, czapki z głów.

Co do Twojego pytania, to czy masz DDD nie ulega dyskusji. Myślę, że miałbyś je nawet z samego faktu mieszkania w dzieciństwie w tym domu.
Natomiast prawdopodobnie masz też syndrom DDA, jeśli wiesz co to jest.

Najważniejsze pytanie dla Ciebie teraz to co po prostu chcesz zrobić ze swoim życiem. W którym kierunku pójść.

Praca, wyjście z długów, to jest do zrobienia, jeśli się naprawdę chce.

A jak z Twoim zyciem osobistym? Chcesz mieć znajomych, przyjaciół, rodzinę?
"Życie, sposób na zbieranie zdziwień kończy się dość jednak nieszczęśliwie, bowiem śmiercią.
I choć tyle miewa znaczeń, nie słyszałem by skończyło się inaczej".
Awatar użytkownika
Gabriel
Posty: 21
Rejestracja: 13 wrz 2016, o 20:51

14 wrz 2016, o 12:39

Cholercia :D Najlepiej to przestać istnieć. Święty spokój to coś o czym marzę. Aktualnie mam w dwie sprawy w sądzie. Obie z opisanym wcześniej sąsiadem. Chcę żebym oddał mu pieniądze których mowa nie dał. Nawet nie wiesz ile razy chciałem wszystko to rzucić, oddać mu ten dom i zakopać się pod ziemię ale mimo takich myśli wiem że tego nie zrobię.

Mam w życiu coś co wydaje się być moja pasja - grafika komputerowa. Dodam że jestem takim pomieszanie ekstraqertyka i introweetyka. Lubię ludzi choć boję się związków. Acz przebywanie z nimi po chwili męczy mnie i chce wracać do domu. Z kolei w domu czuje się źle bo siedzę sam.

Wracając do pasji - nie potrafię jej rozwijać. Zawsze gdy się za to zabieram to odpływu mi wszelką energia i motywacja. Jestem w tym dość dobry ale mógłbym być lepszy.

Generalnie dzieje się że mną wiele dziwnych rzeczy, jak napisałem ciągłe chandry, brak energii , nie mogę się zmotywować do rozwoju osobistego choć wiem że to ważne.
Awatar użytkownika
Rutlawski
Przyjaciel Forum
Posty: 876
Rejestracja: 20 wrz 2013, o 15:08

14 wrz 2016, o 15:59

Zrobię teraz coś co dość mało lubię robić... To znaczy odpowiem Ci w cytatach.

Lecimy.
Gabriel pisze:Cholercia :D Najlepiej to przestać istnieć. Święty spokój to coś o czym marzę
Doskonale to rozumiem.
Marzeniem większości ludzi, moim czasem też jest mieć święty spokój - co niekoniecznie jest negatywne.
Niestety, to jest jedyna rzecz, której nie można w życiu mieć, bo żyć to znaczy cały czas robić coś, planować, organizować... :)
ale mimo takich myśli wiem że tego nie zrobię
No to właśnie, powiedz czemu.
Jaką masz motywację, żeby walczyć, choć wiesz jak zżera Ci to nerwy?
Mam w życiu coś co wydaje się być moja pasja - grafika komputerowa
Na pewno nie na tym samym poziomie, ale zbliżone jest to trochę do moich zainteresowań. Tylko u mnie to idzie bardziej w stronę gier, ich historii, nowinek technicznych, sprzętów w stylu konsol itp.
Czy łączysz jakoś tę pasję z zawodem, czy jest to zupełnie osobiste hobby?

Rozumiem też Cię w tym co napisałeś o ludziach.
Towarzystwo ludzi jest świetne. Rozmowy, wysłuchanie co mają do powiedzenia...
Jednak przebywanie z ludźmi non stop? Dziękuję bardzo.
Człowiek też czasem musi uciec w swój świat, zamknąć się w sobie, zebrać sam siły.
Generalnie dzieje się że mną wiele dziwnych rzeczy, jak napisałem ciągłe chandry, brak energii , nie mogę się zmotywować do rozwoju osobistego choć wiem że to ważne.
To także mnie nie dziwi. Wydaje mi się, że jest to typowa cecha DDD i DDA. Nie jestem w żadnym razie specjalistą, ale wydaje mi się, że bezsens, który podświadomie czuliśmy w dzieciństwie, ale nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, bo w końcu byliśmy dziećmi, wraca teraz, w dorosłym życiu, w jakichkolwiek momentach.
"Życie, sposób na zbieranie zdziwień kończy się dość jednak nieszczęśliwie, bowiem śmiercią.
I choć tyle miewa znaczeń, nie słyszałem by skończyło się inaczej".
Awatar użytkownika
Gabriel
Posty: 21
Rejestracja: 13 wrz 2016, o 20:51

14 wrz 2016, o 19:04

Bardzo, ale to bardzo dziękuję za Twoje odpowiedzi!

Również pozwolę sobie użyć cytatów.
No to właśnie, powiedz czemu.
Jaką masz motywację, żeby walczyć, choć wiesz jak zżera Ci to nerwy?
Nie ma żadnej motywacji. Hamuje mnie przed tym strach. Nie rzucam niczego. Nie walczę. Jestem po prostu bierny. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak lenistwo. W momencie, w którym stoi przede mną przeszkoda, która mnie przeraża to tak jakby o niej zapominam. To znaczy mój mózg (czy może ja sam) wypieram, że istnieje tak duży problem po czym nie robie nic. Jeśli problem jest naprawdę wielki (a często takie są), to całe dnie spędzam zamknięty w pokoju i uciekam od świata. Nie myśle o konsekwencjach, nie przychodzą mi nawet do głowy dopóki się nie pojawią. To tak jakbyś był w grupie fanów piłki nożnej. Wszyscy dyskutują o piłce a ja nie wiem nawet czym jest piłka, po czym coraz bardziej się wycofuje, ze strachu przed samym słowem. To znaczy nie czuje strachu jako takiego ale tak właśnie określam to uczucie.
Czy łączysz jakoś tę pasję z zawodem, czy jest to zupełnie osobiste hobby?
Staram się. To znaczy moja stała praca dotyczy grafiki pół na pół. Więcej robię jej w domu. Czasami złapie jakieś prywatne zlecenie ale staram się tego nie robić. Zazwyczaj kończy się to tak, że gdzieś w międzyczasie odpływają mi wszelkie siły i cała motywacja po czym zlecenia nie kończę. A zmuszenie się do pracy ma efekt odwrotny do zamierzonego. Jak deska która oddaje uderzona. Więc to czego się podejmuje to zazwyczaj małe projekciki. Np. wizytówki.
To także mnie nie dziwi. Wydaje mi się, że jest to typowa cecha DDD i DDA. Nie jestem w żadnym razie specjalistą, ale wydaje mi się, że bezsens, który podświadomie czuliśmy w dzieciństwie, ale nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, bo w końcu byliśmy dziećmi, wraca teraz, w dorosłym życiu, w jakichkolwiek momentach.
Racja. Bezsens czuje codziennie.
Awatar użytkownika
Rutlawski
Przyjaciel Forum
Posty: 876
Rejestracja: 20 wrz 2013, o 15:08

14 wrz 2016, o 20:26

No i myślę, że głównym problemem jest tu ten bezsens.

Jasne, dużo przeżyłeś i zetknąłeś się z różnymi trudnymi sprawami, ale liczy się teraz to co jest.

Spróbuj powiedzieć całkiem szczerze ze sobą, czemu tu napisałeś?
Bo wygadałeś się, opowiedziałeś swoją historię i mówisz o swoim obcenym życiu, natomiast ja chciałbym wiedzieć, chciałbym, żebyś sam powiedział, czego chcesz, czego oczekujesz.
"Życie, sposób na zbieranie zdziwień kończy się dość jednak nieszczęśliwie, bowiem śmiercią.
I choć tyle miewa znaczeń, nie słyszałem by skończyło się inaczej".
Awatar użytkownika
Gabriel
Posty: 21
Rejestracja: 13 wrz 2016, o 20:51

15 wrz 2016, o 11:10

natomiast ja chciałbym wiedzieć, chciałbym, żebyś sam powiedział, czego chcesz, czego oczekujesz.
To znaczy czego oczkuje w związku z wypowiedzią tutaj czy czego oczekuje od życia?

Jeśli w związku z wypowiedzią tutaj - to nie oczekuje niczego. To tylko forum internetowe.

Jeśli od życia to głównie stabilizacji, spokoju. Staram się jak mogę ale ciągle coś się wali albo mam jakieś dziwne nawroty chandry, które nie pozwalają mi działać czy może sam nie pozwalam sobie działać.
Awatar użytkownika
Rutlawski
Przyjaciel Forum
Posty: 876
Rejestracja: 20 wrz 2013, o 15:08

15 wrz 2016, o 16:03

Nasze życie - przynajmniej ja w to wierzę - jest tak naprawdę wypadkową naszych motywacji, intencji, marzeń.
Naszego podejścia.
Istnieją ludzie, którzy mówią, że przyciągniemy i zwizualizujemy, o czym tylko pomyślimy, ale nie wiem, czy warto iść w to aż tak radykalnie :D

Niemniej wierzę, że sami decydujemy o swoim życiu.
Jasne, może nagle wyskoczyć coś, o czym trudno powiedzieć, że my to zrobiliśmy [ choroba, śmierć bliskich, rozstanie, wypadek ], ale tak czy siak jak się zachowamy w tej sytuacji, co zrobimy dalej nadal zależy od nas.

Ludzie mówią non stop, że nie mogą odnaleźć szczęścia, wymarzonego związku, że nadal toną w długach i tylko to przeszkadza im w kupnie wymarzonego domu, samochodu...
Dla mnie niestety jest to, choć na pewno niezamierzony, bullshit :)

Szczęście nie działa w ten sposób. Głęboko wierzę, że zamiast podejścia "będę tak szczęśliwy, gdy to się stanie", prawidłowe jest "jestem szczęśliwy, a więc to się stanie". Co już łączy się mocno z "jestem szczęśliwy, bo mam to co mam".

Nie wiem, czy jakkolwiek się ze mną zgadzasz - gadać sobie takie rzeczy w teorii jest łatwo, a w praktyce człowiek może mieć zwalone, przykre, koszmarne dzieciństwo, które odciśnie w nim ślady już na zawsze.
I to jest niestety cholernie niesprawiedliwa prawda.
Nasze pierwsze lata mogą zależeć od masy nieodpowiedzialnych bądź okrutnych ludzi, przypadków, w każdym razie od rzeczy, które mogą nas zranić.
To jak w jakiejś dziwnej, niedorobionej grze wideo, w której losowo program wybiera za Ciebie trudność i przebieg rozgrywki.

W końcu jednak dochodzimy do wieku, dojrzałości, w którym bierzemy własną ręką odpowiedzialność i wladzę nad naszym życiem. Świetnie gdy o tym wiemy.
Gdy jednak nie wiemy i nadal pozwalamy by kierowały nami przypadkowe jak się wydaje zdarzenia i ludzie, może zrobić się kiepsko.

Po co to wszystko piszę?
Bo myślę, że Twoje handry, poczucia bezsensu, agresja, którą masz w sobie jest właśnie wynikiem tego najbardziej bezbronnego okresu w życiu.
Napisałeś, że sam nie pozwalasz sobie działać. Myślę, że to bardzo trafna diagnoza, chociaż oczywiście nie ma w tym Twojej winy. To znaczy, że możesz podjąć trud uporania się z tym "gruzem" w sobie. On zalega, ale nie jesteś skazany na odczuwanie go do końca życia.
Jednak zależy to tylko od Ciebie.

Zależy od tego, czy chcesz żyć, czy masz siłę na przeżywanie coraz to nowych dni, które, jeśli tylko zechcesz, mogą przynieść nowe wyzwania, radości, przeżycia.
Jeśli tak, zapewniam Cię, że jest to możliwe. Trudne, owszem.
Ale możliwe.
"Życie, sposób na zbieranie zdziwień kończy się dość jednak nieszczęśliwie, bowiem śmiercią.
I choć tyle miewa znaczeń, nie słyszałem by skończyło się inaczej".
NadiaS
Posty: 7
Rejestracja: 14 wrz 2016, o 21:00

16 wrz 2016, o 00:23

Gabriel, przeczytałam Twój wpis i chcę napisać, że Cię bardzo podziwiam. Wbrew temu, co o sobie myślisz i jak nisko się oceniasz (co nie dziwi z racji tego, że Twoje doświadczenia a dzieciństwa i młodości były bardzo destrukcyjne i uniemożliwiły Ci zbudowanie poczucia własnej wartości) jesteś bardzo silnym człowiekiem. Dobrze wiemy, że ludzie potrafią odebrać sobie życie z naprawdę w gruncie rzeczy błahego (z naszej perspektywy) powodu.
Też miałam i mam wiele gorzkich doświadczeń w życiu, i dobrze Cię rozumiem pod bardzo wieloma względami.
Wierzę w Ciebie i wiem, że jesteś bardzo zdolnym człowiekiem,który osiągnął niesamowicie dużo. Nie nazywaj siebie nieudacznikiem ani nie pozwalaj na to innym. Przeszedłeś przez piekło. Inni startowali "z nieba", więc jak można porównywać ich osiągnięcia z Twoimi, skoro mieli z górki? Oni, dostając teraz ułamek Twoich doświadczeń , załamaliby się.
Nie poddawaj się. Spróbuj otworzyć się na innych, a przede wszystkim zadbać mocno o siebie. Wiele dobrego może jeszcze stać się w Twoim życiu, tylko musisz nauczyć się to przyjmować. Ja wiem, że długi, że wiele niepowodzeń, ale jeszcze można dużo wyprostować.
Trzymam za Ciebie mocno kciuki. Dasz radę :)
Awatar użytkownika
Gabriel
Posty: 21
Rejestracja: 13 wrz 2016, o 20:51

17 wrz 2016, o 22:29

Bardzo dziękuję za ciepłe słowa! To naprawdę wiele dla mnie znaczy. Mimo tego, że jest to forum internetowe to mam świadomość, że po drugiej stronie są żywi i prawdziwi ludzie.
Nasze życie - przynajmniej ja w to wierzę - jest tak naprawdę wypadkową naszych motywacji, intencji, marzeń.
Naszego podejścia.
Masz rację. Liczy się POSTAWA.
Nie wiem, czy jakkolwiek się ze mną zgadzasz - gadać sobie takie rzeczy w teorii jest łatwo, a w praktyce człowiek może mieć zwalone, przykre, koszmarne dzieciństwo, które odciśnie w nim ślady już na zawsze.
Oczywiście, teoria zawsze jest prosta. Weź się w garść i zacznij działać - tak głosi. Jednak praktyka pokazuje, że w wielu przypadkach nie można ot tak po prostu wstać i zacząć działać. Nie jesteśmy maszynami. Nie steruje nami program ani procesor z kolejką oczekujących zadań. Nasze myśli to również cała gama emocji, w tym lęków, koszmarów. Nawet jeśli są to koszmary nieuzasadnione - to wciąż są to koszmary. Nie zmusisz przecież osoby posiadającej arachnofobie do głaskania pająka.

Toteż zgadam się z Tobą, że jest to cholernie niesprawiedliwe. Są momenty, w których świadomie decydujesz się podjąć czynność, jednak twój mózg odmawia Ci posłuszeństwa (jako pełnoprawny, ludzki organ). Świadomie godzisz się na to, żeby głaskać pająka, jednakże zachodzą wtedy procesy, na które nie masz bezpośredniego wpływu. Potrzebna jest REHABILITACJA. Długa, trudna ale przynosząca efekty. Inaczej psychoterapia.
Napisałeś, że sam nie pozwalasz sobie działać. Myślę, że to bardzo trafna diagnoza, chociaż oczywiście nie ma w tym Twojej winy. To znaczy, że możesz podjąć trud uporania się z tym "gruzem" w sobie. On zalega, ale nie jesteś skazany na odczuwanie go do końca życia.
Jednak zależy to tylko od Ciebie.
Niekiedy gruzu jest tak wiele, że ciężko uprzątnąć rumowisko w pojedynkę.

Bardzo, ale to bardzo dziękuję za wszystkie te posty. To podnosi na duchu ^^
ODPOWIEDZ