Utknęłam w życiu

Zapraszamy do działu poświęconego osobom zmagającym się z wszelkiego rodzaju uzależnieniami, a także ich najbliższym, w tym Dorosłym Dzieciom Alkoholików i Dorosłym Dzieciom pochodzącym z rodzin Dysfunkcyjnych.
ODPOWIEDZ
Benear
Posty: 1
Rejestracja: 11 lis 2016, o 00:16

11 lis 2016, o 02:33

Witajcie,

przejrzałam forum, poczytałam Wasze historie. Bardzo Was podziwiam, że znaleźliście siłę, aby podzielić się z tym wszystkim. Ja także mam nadzieję, że opisanie mojej historii pomoże mi chociaż w posegregowaniu sobie, jak dalej żyć. Nie musicie tego czytać, jeżeli nie chcecie; wyszło tego całkiem sporo.

Wychowałam się w rodzinie alkoholowej. Nihil novi, eh?

Mój ojciec był policjantem i, co jest dość popularne w tym zawodzie, często zaglądał do kieliszka. Moja matka szybko stała się współuzależniona i bardzo łatwo została wprowadzona w całą kulturę picia. Nie było strasznej patologii. Ot, wiedziałam że jak odbiera mnie starszy brat z przedszkola, to należy zadać mu kilka orientacyjnych pytań: jak mama sprząta albo rozmawia przez telefon - piła; jak leży w łóżku, nie robi nic - nie piła. Z czasem zaczęło się robić coraz gorzej - podejrzani faceci wpadali na libacje, matka zaczęła się coraz bardziej staczać... W międzyczasie ona i mój ojciec doszli do porozumienia, że to nie ma sensu i mój ojciec się wyprowadził. Nadal jednak ja i mama go odwiedzałyśmy w jego policyjnej kawalerce. Moja matka jednak nie przestała pić, a jak ojciec się wyprowadził - było nawet gorzej. Doszło do tego, że została hospitalizowana na depresję. Jak wychodziła - znowu piła. W końcu dostała rentę na depresję i przestała pracować. No i się zaczęło.

Tutaj warto dodać, że w wychowywaniu pomagała mi moja starsza siostra (mam starsze rodzeństwo o 16 lat z pierwszego małżeństwa mamy - są bliźniakami); mój brat jak miał 17 lat uciekł z mieszkania jak najszybciej. Moja siostra jednak nie mogła (a raczej nie chciała) mnie zostawić z tym wszystkim i to w zasadzie ona mnie wychowywała.

Pamiętam wyraźnie to jak dziś, kiedy pojechałam z mamą odwiedzić mojego ojca i mojej matce "odbiło". Rzuciła się na mnie i zaczęła mnie dusić krawatem ojca, krzycząc do mojego ojca, że ona sobie nie radzi z tym wszystkim (tj. wychowywaniem mnie) i że: "zabiję ją, zobaczysz!" Pamiętam jak dziś, że mój ojciec leżał pijany na łóżku i się śmiał, że "Co ty wyprawiasz, co to za pokazówy odwalasz?" Wyraźnie pamiętam, że trzy razy próbowała mnie tak dusić, ostatnia próba kiedy mówiłam mamie, żebyśmy stąd poszły i chciałam zdjąć z wieszaka jej futro (była zima) i siłowałam się, żeby je zdjąć - ona wtedy zaszła mnie od tyłu i zaczęła dusić. To było i jest najbardziej przerażające wspomnienie w moim życiu. Walczyłam z całych sił, ale byłam tylko małym dzieckiem. Po czasie, który wydawał mi się wiecznością, w końcu przestała i udało mi się przekonać ją, żebyśmy wyszły. Powiedziałam wszystko siostrze, ale uznała że może i coś w tym było, co opowiadam, ale bez przesady. Z perspektywy czasu, może i rzeczywiście moja matka chciała zrobić jakąś scenę, a nie mi krzywdę. Nie wiem. Może i nie chciała mnie zabić, ale te wspomnienia nie odejdą.

Po tej sytuacji było różnie - były okresy libacji, ale i normalności. Tutaj należy dodać, że całe życie byłam (no i jestem) chora na skrzywienie kręgosłupa. Często jeździłam do sanatorium, ale bardzo dobrze wspominam te czasy - były jak kolonie, na których nigdy w życiu nie byłam, gdyż nie mieliśmy pieniędzy. Nie byłam w domu, nie widziałam tego brudu. Mój brat nas zostawił, moja siostra pracowała po 12h, żeby nas utrzymać, bo matka rentę przepijała, a ojca nie było. Kiedyś (to była moja czwarta klasa podstawówki, wyraźnie to pamiętam), moja matka namówiła brata, żeby ją zawiózł samochodem, bo chciała mnie odwiedzić w sanatorium. Nie wiem co się wtedy stało, ale strasznie źle się poczuła. Chyba serce? Nie pamiętam. Pamiętam zaś wyraźnie, że ją to przeraziło. Przeraziło ją to, że "kto mnie wychowa, jak jej nie będzie, przecież jestem taka chora". Wtedy coś się zmieniło.

Wyszłam z sanatorium i nie do wiary! Matka przestała pić.

Ot tak. Bez żadnej terapii, bez niczego. Po prostu. Koniec.
Miałam wtedy 11 lat.

Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście, przecież to spełnienie marzeń każdego dziecka z rodziny alkoholowej! Matka wzięła się w garść. A przynajmniej tak się wydawało. Przez długi okres czasu czekałam tylko aż wrócę ze szkoły do domu i zobaczę ją pijaną. Wystarczyłoby jedno spojrzenie i już bym wiedziała. Ale mijały miesiące i... matka nie piła. Z ojcem nie miałam kontaktu, chociaż wiem, że próbował się ze mną skontaktować. Ojciec nadal pił.

W międzyczasie matka rozwiodła się z ojcem.

Kiedy miałam 12 lat mój ojciec umarł. Wracał po pijanemu w zimie z jakiejś libacji, wywrócił się na śliskim, uderzył w głowę i zamarzł. Był wtedy w odwiedzinach u swojej matki. Na pogrzebie nie płakałam. W ogóle to się nawet ucieszyłam - po co mi ojciec, jak i tak go nigdy nie było? A tak dostałam rentę po nim i będę dostawała aż się będę uczyła, uczyłam się zaś wzorowo.

Życie toczyło się dalej. Wchodziłam w okres buntu. Matka z siostrą trzymały mnie krótko, ale też bez jakiejś strasznej przesady. Wymykałam się na imprezy, piłam alkohol w krzakach ze znajomymi, ale i rozwijałam moje pasje. W sumie to było całkiem normalnie.

W międzyczasie wyszło, że moja matka jednak nie wymyśliła tej depresji, żeby dostać rentę (jak był jej pierwotny plan). Zdiagnozowano u niej zaburzenia paranoidalne, bipolaryzm i inne rzeczy. Raz brała leki raz nie, była ponownie hospitalizowana. Po wyjściu ze szpitala przestała wierzyć w ogóle system leczenia psychiatrycznego, twierdząc że tam nie leczą, a tylko pakują w nią leki. Niestety, ale tak było. Stan się pogorszył, wyszło na jaw, że od lat nie płaciła czynszu za mieszkanie. Powstał ogromny dług. Wina moja i siostry, że nie dopilnowałyśmy tego. Groziła nam eksmisja, było kilka rozpraw, potem cisza, potem znowu grożenie eksmisją i... to trwa do dzisiaj. Ale do tego dojdę później.

Wiem, że ta opowieść bardziej dotyczy mojej matki niż mnie, ale wytrwajcie ze mną do końca, proszę.

Mając ok. 18 lat, matce zabrano rentę, uznała że państwo powinno jej rentę po prostu dać, bo "jej się należy" i pójście na komisję to dla niej poniżej rozumu i godności. Pisała dziwne listy po rodzinie, listy nienormalne, z pogróżkami... Zaatakowała sąsiada, który podał ją do sądu - sprawę przegrała, dostała karę finansową i wszedł komornik na jej marne 600 zł renty. Kiedy zabrali jej rentę przynajmniej komornik nie miał czego już zajmować. :) O wielu rzeczach dowiadywaliśmy się po fakcie, zwłaszcza że matka wszystko robiła potajemnie. Nic po niej nie można było poznać, zachowywała normalnie! Dopiero jak była przyłapana na gorącym uczynku, wychodził z niej diabeł. Naprawdę, tylko tak mogę to opisać. Jej stan rzeczywiście się pogorszył; z pomocą MOPSu psychiatra ocenił, że matka musi zostać hospitalizowana i zamknęli ją w psychiatryku. Wyszła po miesiącu, ale przynajmniej znowu wypisali jej rentę, którą ZUS przyznał. Po wyjściu rzeczywiście było lepiej. Zastanawiam się ile problemów leżało w tym, że nie miała pieniędzy przez co tak się zachowywała. Nawet niewielka stabilność finansowa ogromnie wpłynęła na jej stan psychiczny.

No, ale to teraz wróćmy do mnie.

Mimo choroby, byłam w miarę normalną nastolatką. Może nie byłam ani nie jestem najładniejsza, ale nie było ze mną tak źle. Niestety, chłopcy w ogóle nie wykazywali mną zainteresowania, byłam zawszę "kumpelą", "dziwolągiem", może dlatego, że byłam mało dziewczęca? Nie wiem. Może nie pokazywałam znaków, że jestem zainteresowana? Fakt, nikt mnie nie interesował. Naprawdę. W ogóle.
Jak dziewczyny latały za chłopakami, ja im zazdrościłam samego powodzenia, ale chłopców już nie. Po prostu nikt mnie nie interesował. To ja zawsze byłam tą brzydką koleżanką obok ładnych dziewczyn. To ja byłam tą niepopularną dziewczyną w szkole. Nauczyłam się jednak z tym żyć. I tak mnie nikt nie chciał, a w domu narastały problemy finansowe. Trzeba było się tym zająć.
Gimnazjum był najgorszym okresem w moim życiu - moja klasa mnie znienawidziła. Byłam najlepszym uczniem w najgorszej klasie - możecie sobie wyobrazić. Znęcali się nade mną, ale jakoś to przełknęłam. Z samotności i z faktu, że nikt mnie nie lubił, zaczęłam obżerać się chipsami i zaczęłam tyć. Zawsze zaś byłam bardzo chuda. Zaczęli więc mnie przezywać "gruba locha".

W liceum poznałam prawdziwych przyjaciół. Koniec z przezywaniem i braniem tabletek na uspokojenie przed pójściem do szkoły. Poznałam tam dwie przyjaciółki. Uczyłam się bardzo dobrze, maturę zdałam świetnie.

Poszłam na studia.

Kiedy skończyłam 18 rok życia moja policyjna renta rodzinna wzrosła. Wtedy też znowu spółdzielnia zaczęła kolejne postępowanie egzekucyjne. Oddawałam pół renty na czynsz, resztę dawałam na jedzenie i w sumie sama się utrzymywałam. Jakoś przetrwałam.

Na studiach poznałam dwóch ciekawych mężczyzn, nawiązałam bardzo przelotne romanse. Co ciekawe, nie mogłam uprawiać seksu, gdyż na samą myśl (nie wiem skąd!) pojawiało się niezrozumiałe przerażenie. Nigdy nie miałam problemów ze swoim ciałem, ufałam tym osobom, ale kiedy miało do czegoś dojść, ZNIKĄD pojawiało się przerażenie. DLACZEGO?!
Sytuacja się w miarę ustabilizowała, matka jakoś dawała rade, utrzymywałam rodzinę, więc na razie nie groziła nam eksmisja, dostałam stypendium naukowe, więc pieniądze były... w czym jest problem?! Moi "mężczyźni" chcieli dać mi przyjemność, a mnie to przerażało. Przerażało mnie to, że nie rozumiałam skąd to przerażenie. Nie mogłam tego kontrolować. Nadal to mam.

Postanowiłam skupić się na nauce (zaczęłam równolegle studiować dwa kierunki), uznałam że potrzebuję pewnie poznać kogoś lepiej, zanim spróbuję znowu. Szukanie miłości nie było jednak moim priorytetem, celem moim było zadbanie o jak najlepsze oceny i o utrzymanie stabilizacji w domu. A w końcu ktoś się znajdzie, nie?

Zaczęłam intensywnie trenować, żeby chociaż trochę schudnąć. Moje ciało nie było idealne, ale jest dobrze. Jeszcze z 5kg mniej i będzie jeszcze lepiej. :)

Na studiach poznałam wielu wspaniałych ludzi, poznałam przyjaciela, z którym nawiązałam bardzo silną więź. Ja mu się oczywiście nie podobałam (no bo jestem gruba i brzydka, a niemalże nikt nigdy nie był mną zainteresowany, przyzwyczaiłam się), uznałam jednak że możemy być świetnymi przyjaciółmi, ja zaś nie będę mówiła nie, jeżeli coś się z tego rozwinie, ale też nie będę się pchać tam, gdzie mnie nie chcą. Mówiliśmy sobie niemalże wszystko (poza sprawami sercowymi), mogłam mu się zwierzyć z każdej pierdoły, gadaliśmy godzinami - oboje jesteśmy całkiem kreatywni, więc wymyślaliśmy różne rzeczy, żeby urozmaicić rozmowę. On mnie jednak zawsze trzymał na dystans - jeżeli się spotykaliśmy, to tylko w gronie znajomych, nie rozmawialiśmy też na "te tematy".
Kiedyś podczas imprezy podeszłam do niego i zapytałam: "Co tam powiesz ciekawego?", spojrzał mi w oczy znacząco i powiedział: "Przyjaciele".
Eh, rozumiem aluzję. Nie będę się pchać tam gdzie mnie nie chcą.
Kontynuowałam więc przyjaźń.

W wieku 23 lat miałam prawie wszystko - stabilność finansową, podwójne studia, które pochłaniały mi mnóstwo czasu, moja mama była w niezłej kondycji psychicznej, dwie wspaniałe przyjaciółki, mnóstwo znajomych... Miałam też przyjaciela, z którym mogłam rozmawiać o wszystkim, a nie musiałam uprawiać seksu. Myślałam, że może jak mnie pozna, to nie będzie tak patrzył na wygląd, może jakoś "zmięknie", gdyż wszyscy znajomi mówili, że zachowujemy się jak stare małżeństwo...
No cóż... nie zmiękł. :)

Wyjechałam na magisterkę do Warszawy. Uznałam, że nie ma sensu być wiecznym studentem i zaczęłam też szukać pracy. Znalazłam pracę zdalną, dzięki której wiele się nauczyłam.
W międzyczasie kontynuowałam dwa kierunki studiów. Po roku tak wyszło, że z moim przyjacielem zamieszkaliśmy razem. Trwa to do dziś. Dogadujemy się świetnie, chociaż czasem jest różnie. Jak to w życiu.

Znajomi nadal mówią, że jesteśmy jak stare małżeństwo. Przez ostatni rok miałam nadzieję, że może taka silna więź z drugim człowiekiem przerodzi się w coś romantycznego, ale... jednak nie. Odpuściłam więc i jest mi nawet lżej. O wiele lżej. Bardzo dużo pomogłam w życiu temu człowiekowi, doradzałam w życiu, wspierałam jego pasje, sprawdzałam jego prace, pisałam mu eseje... On też był pomocny, ale mam wrażenie, że ja więcej zainwestowałam. Sama nie wiem. Moją wadą jest to, że jestem zbyt pomocna, a sama nie mogę prosić o pomoc.
W każdym razie, od roku X spotyka się z pewną piękną dziewczyną, z którą w życiu nie miałabym szans. Ale to tak na marginesie.

Skończyłam studia, zmieniłam pracę i zarabiam całkiem nieźle. Z mieszkaniem nadal toniemy w długach - moja siostra musiała wziąć 40 tysięczną pożyczkę, którą spłaca, ja płacę dwa czynsze - ten w moim mieście rodzinnym i ten w Warszawie. Nadal jednak walczymy o umorzenie odsetek, bo już nie mamy czym zapłacić - ja prawie 2000 zł płacę na dwa czynsze. Za resztę płacę rachunki i życie.

I... tu jest problem. Nie wiem jak rozwijać się personalnie. Nie mogę sobie nikogo znaleźć, chociaż nie czuję samotności. Denerwują mnie zaś oczekiwania społeczeństwa, że samotna kobieta to kobieta niespełniona. Nie mam problemu z byciem samą i samowystarczalną. Mam problem, że mam 26 lat i nigdy nie miałam chłopaka, kwestia seksu mnie przeraża (chociaż nie tak dawniej), a wszyscy moi znajomi są albo byli w szczęśliwych związkach. I to ja jestem tą dziwną.

Niby nie chcę dopasować się do społeczeństwa, ale jednak męczy mnie ta sytuacja.
Bardzo bym chciała jakoś podać znajomym proste wytłumaczenie do bycia samej, np. "jestem po przejściach, bardzo przeżyłam poprzedni związek", ale niestety nie mogę tego powiedzieć, gdyż nie miałam takiego doświadczenia. Trochę dziwne mówić ludziom, że miałam ważniejsze sprawy na głowie, żeby szukać chłopaka, a nigdy jakoś go nie potrzebowałam. Znajomi tego nie rozumieją. Biscy znajomi mówią mi, żebym „się ogarnęła”. No więc… szukam teraz sensu jak wyjść z tej beznadziejnej sytuacji. Trochę przeżyłam w życiu, ale jednak nie było aż tak źle. Ludzie mają gorsze sytuacje, gorsze problemy. Moje życie nie było złe - moja siostra zastępowała mi ojca, mam jakieś tam pieniądze i jakoś sobie radzę w życiu. Chciałabym kogoś poznać, ale nie wiem czy jestem w stanie się otworzyć przed kimś.
Piszę tę historię, żeby może poukładać sobie w głowie co jest ze mną nie tak. Nie wiem nawet czy syndrom DDA jest prawdziwy, może wymyśliłam sobie jakieś problemy?
Nikt nie ma przecież samych szczęśliwych wspomnień.
Awatar użytkownika
ruinyodbudowane
Senior
Posty: 974
Rejestracja: 17 maja 2016, o 10:10
Lokalizacja: Mazury!

12 lis 2016, o 10:09

Witaj,Benear! Wpierw pogratuluję Tobie wielkiego samozaparcia i osiągnięcia już naprawdę wiele w Swoim życiu ! I że nie utknęłaś w życiu, ale mimo wszystko wyznaczasz cele i idziesz do przodu !Moje naprawdę wielkie gratulacje!
Może zacznę od czegoś przyjemnego , a więc od Twoich pasji, zainteresowań ! Co lubisz robić ? Czym się interesujesz?
Jak spędzasz wolny czas?

Benear pisze:I... tu jest problem. Nie wiem jak rozwijać się personalnie. Nie mogę sobie nikogo znaleźć, chociaż nie czuję samotności. Denerwują mnie zaś oczekiwania społeczeństwa, że samotna kobieta to kobieta niespełniona. Nie mam problemu z byciem samą i samowystarczalną. Mam problem, że mam 26 lat i nigdy nie miałam chłopaka, kwestia seksu mnie przeraża (chociaż nie tak dawniej), a wszyscy moi znajomi są albo byli w szczęśliwych związkach. I to ja jestem tą dziwną.
Czy w wyniku tego, co spotkało Cię w dzieciństwie, rozwód rodziców, problem alkoholowy ich, problemy finansowe , nie spowodowały u Ciebie "ten paraliż" przed seksem ? Czy seks wiązał się Tobie z "obowiązkami", z przynależnością z, ograniczeniem wolności , z przymusem, czy też seks kojarzy się Tobie z przyjemnością, z fascynacją, z fantazjami erotycznymi, z czymś naprawdę pięknym ? Jakie masz skojarzenia, wyobrażenia na ten temat, na temat seksu, na temat zbliżenia intymnego dwojga dorosłych ludzi ? Czy może coś w dzieciństwie na to rzutowało ?

"Stoicka zasada zaspokajania potrzeb poprzez rezygnację z pragnień jest jak amputacja stóp po to, by nie potrzebować butów."

Jonathan Swift
Bogdan


Nawet najbardziej praktyczna, piękna i wykonalna filozofia na świecie nie zadziała, jeśli Ty nie będziesz działać.

Zig Ziglar
ODPOWIEDZ